Taśma w parku zamiast Egiptu

Do surfowania nie potrzeba morza, a do wspinaczki gór. Z odrobiną chęci i pomysłem, wakacje w mieście można przeżyć lepiej i zdrowiej niż w kurorcie.

Wrzucam w wyszukiwarkę „urlop” i odkrywam serwisy, aplikacje, które planują mi całą wycieczkę podaję budżet, upodobania, mniej więcej miejsce docelowe. Po chwili dostaję listę możliwości, a w tym rozpiskę obowiązkowych punktów do zwiedzenia. Do projektu „urlop” dodaję od siebie jeszcze zaległe książki i mam siedem dni wypełnionych zadaniami od rana do wieczora. Problem w tym, że w ten sposób wakacje nie różnią się specjalnie od normalnego tygodnia pracy. Muszę wstać wcześnie, pospieszyć się na prom, potem zajęcia nurkowania, przewodnik czeka na Starym Mieście, a barman i deejay wieczorem w klubie. Mózg nadaje na poziomie 80 proc. mocy, więc o prawdziwym relaksie nie ma mowy. Przecież nie nadrobię całego roku w kilka, kilkanaści edni. Może więc przewrotnie zamiast zamieniać urlop w kolejny projekt, wprowadzić wakacje do letniego grafiku na co dzień?

Surfować po kałuży

Deska przypomina tę do surfingu, ale – by jej użyć – nie potrzeba plaży, fal i wiatru. Skimboarding można uprawiać niemal wszędzie, wymaga jedynie wody po kostki, czyli dobrze przygotowanego brzegu okolicznego jeziora, stawu lub komercyjnego toru. Jeśli jednak wciągniemy się wystarczająco w temat, to duża kałuża też wystarczy.

– Ważne jest miejsce do rozbiegu, bo skimboarding to ślizgi na desce rzuconej na wodzie. Im szybciej pobiegniemy, rzucimy deskę i wskoczymy na nią, tym dłuższy wykonamy ślizg – mówi Agnieszka Migdalska, współzałożycielka grupy Girls on Skim i organizatorka torów skimboardinowych.

Jeden dzień kłopotów z równowagą i zadyszką po ciągłych przebieżkach wystarczy, żeby załapać zasady i właściwą koordynację. Jednosekundowe utrzymanie się na desce i chwila ślizgu dostarczają tyle radości i motywacji do dalszych prób, że porannymi zakwasami nikt się nie przejmuje. Na szczęście w skimboardingu nie trzeba tygodni treningu, by złapać bakcyla. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kiedy znajomi potrafią już obracać się, uginać i wykonać obrót, sam ślizg przestaje wystarczać.
Deska jest mniejsza i lżejsza niż ta do surfingu, przez to można zabrać ją wszędzie. Producenta znajdziemy np. na Śląsku. W Polsce skimboarding pojawił się w 2003 roku i od tego czasu systematycznie zyskuje na popularności. Latem nad jeziorem ślizgi na desce przyciągają kobiety i dziewczynki.

Coraz więcej pań widać też na zawodach. – Skimboarding wymaga biegania, więc to niezły trening
dla całego ciała i gwarantowane wzmocnienie wydolności. Poprawia się też koordynacja ruchowa, bo żeby nie spaść z deski, trzeba umiejętnie balansować. Najlepsi potrafią złapać nawet przybrzeżną falę, pływają po różnych przeszkodach jak boxy i poręcze – mówi Agnieszka.

Płytka woda ma dwa oblicza. Z jednej strony nie ma ryzyka utonięcia, z drugiej – każda wywrotka może oznaczać kontuzję, dlatego do pierwszych prób warto wynająć instruktora. Grupa Girls on Skim pierwszy raz zorganizowała w tym roku tor na igielicie przy centrum handlowym w Gliwicach. Materiał się sprawdził, więc skimboarding zagości w te wakacje w centrum miasta i stanie się częścią słynnej imprezy Hawai Party w Katowicach. Na początek deskę najlepiej wypożyczyć. Używany sprzęt to wydatek ok. 400 zł.

Balans wśród drzew

Stopy ustawione na taśmie o szerokości 2,5 cm, pod nimi kilometrowa przepaść, wiatr utrudnia stabilizację, podobnie adrenalina, która rozrywa żyły. Każdy krok wymaga zupełnej koncentracji. Niezapłacone rachunki, facebook bez opieki i Stare Miasto do zwiedzenia już się nie liczą. Ważna jest
tylko druga strona taśmy, do której poprowadzi kompletny spokój. To ekstremalna wersja slackline, czyli chodzenia-balansowania na taśmie rozpiętej pomiędzy dwoma punktami.

– Ale przechodzenie po slacku rozpiętym pomiędzy drzewami w parku tuż nad ziemią gwarantuje doznania i emocje o podobnej intensywności. Do tego możemy spędzić doskonale czas na łonie natury, ze znajomymi. Jedyna różnica to brak silnego uczucia strachu – mówi Barbara Sobańska z Klubu Wspinaczkowego Poznań, pierwsza Polka, która dokonała przejścia jednego z najsłynniejszych światowych highline’ów

– Lost Arrow Spire Highline w Kalifornii. Żeby odkrywać park nad powierzchnią trawy, wystarczy
zwykły, dziesięciometrowy pas transportowy z grzechotką stosowany do utrzymywania ładunków. Możemy też system naciągowy wykonać we własnym zakresie, wystarczy kilka karabinków, szakla i krótka instrukcja z Internetu. Siła napięcia taśmy podobnie jak wysokość jej umiejscowienia to
kwestia indywidualna. Przy pierwszych próbach warto nie przekraczać 50 cm. Nowicjuszom przyda się też pomoc drugiej osoby. Po taśmie możemy chodzić, przysiadać na niej, a nawet skakać. Szybkość postępów zależy od przygotowania fizycznego, zaawansowania i własnej inwencji.

– Na slackline stopy ustawiamy wzdłuż taśmy, a wzrok koncentrujemy na jednym, obranym punkcie na jej końcu. Ręce będą nam potrzebne do balansowania, dlatego unosimy je w górę. Utrzymujemy wyprostowany korpus i tułów, pracujemy jedynie nogami i rękoma. Na „slacka” możemy wskoczyć
lub nauczyć się wstawać. To niełatwa sztuka oparta głównie o umiejętność utrzymywania równowagi. Nie dość, że zabawa jest doskonała, to wymaga olbrzymiej koncentracji. Do tego pracują mięśnie całego ciała, zwłaszcza stabilizujące sylwetkę – mówi Sobańska.

Na pomysł chodzenia po taśmie wpadli w latach osiemdziesiątych wspinacze w dolinie Yosemite w Stanach Zjednoczonych. Podczas dnia odpoczynku, tzw. „restowego”, nie chcieli się nudzić, więc zaczęli chodzić po łańcuchach okalających parking. Spodobało im się do tego stopnia, że taśmę wspinaczkową rozwiesili nad kilometrową przepaścią, po której spacerowali. Tak powstała jedna z najsłynniejszych dróg i sport, któremu ciągle przybywa entuzjastów. Jego pasjonaci tworzą grupy na facebooku, spotykają się na meetingach w całej Europie, podróżują wspólnie po świecie.

– Zawodowcy zawieszają taśmę pomiędzy budynkami, skałami. Używamy wtedy taśmy podwójnej, ta druga służy do asekuracji. Na wysokości ważną rolą odgrywa strach. To, co kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią wydawało się łatwe, u góry sprawia, że nogi zaczynają drżeć, a myśli błądzić. Trzeba wyrównać oddech, skupić się na celu i wyłączyć strach – podpowiada Basia. Najprostszy zestaw do slacka można już kupić przez Internet za ok. 100 zł. Z rozpięciem taśmy poradzi sobie każdy. Do każdego zestawu dołączana jest instrukcja obsługi.

Z biurowca w kąpielówkach

Wysiadam z metra na stacji Kabaty. Przede mną jeszcze 15 min. na rowerze albo godzinny spacer. Pod samą przystań spokojnie mogę też podjechać autem. Żeby wskoczyć na deskę i poszaleć na jeziorze, nie potrzebuję sprzętu ani specjalnej odzieży. Nie muszę nawet umieć pływać, na początek wystarczą spodenki kąpielowe.

– Mamy wykwalifikowaną kadrę i dużo uwagi poświęcamy szkoleniu. Po pięciu minutach instruktarzu, każdy zna już podstawy i otrzymuje piankę, kamizelkę wypornościową plus kask. Jezioro jest płytkie, w każdym miejscu mamy kontakt z gruntem – uspokaja Marcin z Wawa Wake.

Wakeboarding to młoda dyscyplina, ale jako miejska alternatywa dla surfingu, kitesurfingu, a nawet snowboardu rozwija się bardzo szybko. Bez względu na pogodę, zawsze mamy tę pewność, że popływamy. Odpada więc przeszukiwanie w napięciu serwisów typu windguru. Na początku najtrudniejsze jest wyjście z wody – wymaga nieco siły i techniki. Potem wystarczy nie walczyć z wyciągiem. Reszta to już jedynie kontrola deski i krawędzi. Pierwsze wyciągi powstały już 20 lat temu. Napędza je silnik elektryczny, przez co nie generuje hałasu. Nie ma też fal znanych z narciarstwa wodnego za motorówką. Do tego pływanie na desce dostarcza do jeziora tlen, co wpływa na poprawę warunków bytowych ryb i roślin. Wake’a można dlatego zamontować nawet w takich miejscach, gdzie ruch motorowodny jest zabroniony.

– Jezioro Bielawskie jest niemałe i spokojnie mieszczą się dwa wyciągi. Jest też wake park, czyli przeszkody, slidery, kickery do wykonywania ewolucji dla zaawansowanych. Z roku na rok ludzi przybywa, oczywiście najwięcej młodych. Sezon zaczyna się w maju, kończy pod koniec października.

To wbrew pozorom mocna dyscyplina pod względem treningowym. Na desce pracuje całe ciało, spalamy sporo kalorii i modelujemy sylwetkę. Piętnaście minut na początek to niezły wycisk. Dlatego nie raz odwiedzimy strefę chilloutu, z hamakami i pufami przy jeziorze. Godzina pływania to koszt ok. 40-50 zł, a instruktora mamy w cenie.

Każdy z tych sportów nie wymaga większego zaangażowania niż poranny jogging. Nie muszę zabierać do pracy toreb pełnych sprzętu, żeby popołudniem przenieść się w świat pisany ślizgiem, równowagą i zabawą. Ze skokiem na deskę lub taśmę codziennie troski odlatują, a ich miejsce wypełniają endorfiny.


Więcej artykułów przeczytacie w wersji drukowanej magazynu, do kupienia w naszym sklepie internetowym, zapraszamy również na FB E!stilo gdzie znajdziecie więcej informacji na temat Ekologicznego Magazynu E!stilo Magazine oraz zdrowego i naturalnego sposobu życia
Recent Posts
Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.

Not readable? Change text. captcha txt

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress