W PUŁAPCE PEŁNEJ SZAFY

Otwierasz i nie widzisz nic. Mimo, że półki, szuflady i wieszaki zawalone są tkaninami w każdym kolorze i fasonie, nie znajdujesz żadnej, która nadawałaby się do tego, by spędzić w niej komfortowo cały dzień. Szafa pełna, a ja nie mam się w co ubrać – problem pierwszego świata, jednak na tyle ważny, że warto znaleźć jego rozwiązanie.

Zaczynałam od sześciuset. Tyle sztuk ubrania codziennie miałam do wyboru, o czym przekonałam się dopiero, gdy policzyłam i posegregowałam je wszystkie. Kilkadziesiąt bluzek, tyle samo sukienek, spódnic, tunik i swetrów. Bluzki mniej wizytowe, bardziej sportowe, takie do pracy i po domu, ubrania na specjalne okazje, które nigdy nie nadeszły. Zaczęło mi to przeszkadzać. Codziennie patrzyłam na rzeczy, które tylko zajmują miejsce w szafie, a intuicyjnie wybierałam i tak tylko te, w których czuję się naprawdę dobrze. Selekcja? Owszem, jedna mała reklamówka co sezon lądowała u potrzebujących, jednak to była tylko kropla w morzu, bo ciągle dochodziły nowe. Zdobyte podczas spontanicznych, kompulsywnych zakupów, które najczęściej miały zrekompensować średnio udany dzień lub były niepotrzebnym elementem celebracji ważnych życiowych chwil. Konsumpcjonizm pełną gębą. Receptą okazał się solidny detoks. Nazywa się capsule wardrobe.

Nie usłyszałabym o nim, gdyby nie Brytyjka Susie Faux. Od małego otoczona była modą, bo kobiety w jej rodzinie pracowały jako krawcowe. Dzięki temu wyrosła też w głębokim przekonaniu, że każda z nas potrzebuje mieć w szafie rzeczy ponadczasowe i takie, których jakość pozwoli na używanie ich przez długie lata. Z takim też zamysłem otworzyła w latach 70. w Londynie swój pierwszy butik „Wardrobe”, w którym można było znaleźć wszystko, co powinno wypełniać kobiecą garderobę. Dla Susie Faux były to: „przynajmniej dwie pary spodni, sukienka lub spódnica, kurtka, płaszcz, sweter, dwie pary butów i dwie torebki”. Pomysł kilkanaście lat później podchwyciła projektantka Donna Karan, wypuszczając w 1985 roku kolekcję „7 Easy Pieces”. Podczas pokazu na wybiegu pojawiło się osiem modelek, ubranych tylko w body i czarne rajstopy. Stopniowo dodawały one do takiej bazy inne części garderoby, by pokazać, jak bardzo są uniwersalne.

Od tamtego czasu capsule wardrobe funkcjonowało w świecie mody, ale odsunęło się nieco w cień. Co prawda koncepcja stała się bazą dla kilku amerykańskich i brytyjskich programów telewizyjnych, a znani styliści, jak choćby Gok Wan, podkreślali, że sami starają się kierować zasadami, wyznaczonymi przez Susie Faux, jednak na fali rosnącego konsumpcjonizmu i jednorazowej mody, promowanej przez duże koncerny odzieżowe, postawienie jakości ponad ilością wydawało się mało pociągające. Ale później przyszedł kryzys gospodarczy, a wraz z nim powróciła moda na minimalizm. I mimo, że dzisiaj nie każdy pamięta, skąd w ogóle wziął się pomysł szafy w pigułce, wariacje na jej temat znajdziemy na każdym szanującym się blogu, promującym oszczędny, dobry jakościowo styl życia.

UnFancy i The Everygirl, a w Polsce – Simplicite to tylko niektóre miejsca w sieci, w których znajdziemy współczesne wariacje na temat tworzenia minimalistycznej szafy. Zasady są proste, jednak przestrzeganie ich jest niezbędne, by osiągnąć zamierzony efekt. Czego potrzebujemy? Kilku godzin, dwóch dużych kartonowych pudeł i kilku worków na śmieci. Zaczynamy od opróżnienia wszystkich szaf, szafek i szuflad z ubraniami. Wszystkich. Najlepiej podzielić ubrania i buty na kategorie, i rozłożyć na podłodze. A potem usiąść przed pustą szafą i zacząć selekcję. Najbardziej radykalne wyznawczynie capsule wardrobe potrafią ograniczyć garderobę nawet do 30 elementów, ale przy pierwszym podejściu jest to praktycznie niemożliwe. Lepiej więc nie narzucać sobie od razu konkretnej liczby, tylko zacząć od segregacji. Każda sztuka ubrania to jedna z trzech kategorii: tak – do szafy, nie wiem – do pudła, które na jakiś czas trafi pod łóżko, nie – do pudła, które wyjdzie z domu i już do niego nie wróci.

Ważne, by do szafy wróciły tylko ubrania, co do których mamy stuprocentową pewność – są świetne i chcemy je nosić na co dzień. Co z pudłem pod łóżkiem? Wszystkie sensowne systemy kapsułkowe funkcjonują w cyklach trzymiesięcznych, zgodnych z porami roku – przez ten czas, po skompletowaniu szafy, nie robimy zakupów, tylko nosimy to, co wybraliśmy. I robimy notatki, które staną się podstawą do ewentualnych zakupów na kolejną kapsułę. Do pudła mogą więc trafiać również rzeczy sezonowe – jak ciepłe swetry latem, czy lekkie sukienki zimą. Te, które nie są naszymi pewnikami na dany sezon, a po prostu rzeczami, do których mamy bliżej nieokreślony sentyment – po kwartale powinny zniknąć z domu. Tym sposobem w ciągu roku powinna nam się wyklarować idealna garderoba, zarówno stylowo, jak i kolorystycznie – intuicyjnie wybieramy rzeczy, które pasują do naszej karnacji i koloru włosów, więc z szafy i tak znikną te, które nie przystawały do reszty.

Pierwszy cykl mam już za sobą. Po trzech miesiącach w mojej szafie nadal jest około stu sztuk odzieży, którą noszę regularnie. Nie wydaję pieniędzy na niepotrzebne ubrania. Nie interesują mnie trendy, bo to, czego potrzebuję, nie ma z nimi nic wspólnego. Sklepy? Mogą nie istnieć, przecież jest Internet. A ja codziennie wyglądam świetnie.


Ewa Orczykowska-Galbarczyk, dziennikarka i entuzjastka zdrowego życia, w którym kieruje się zasadą: „mniej znaczy więcej”.

Więcej artykułów przeczytacie w wersji drukowanej magazynu, do kupienia w naszym sklepie internetowym, zapraszamy również na FB Estilo gdzie znajdziecie więcej informacji na temat Ekologicznego Magazynu Estilo Magazine oraz zdrowego i naturalnego sposobu życia

Recent Posts
Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.

Not readable? Change text. captcha txt

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress